miejsce, które zna każdy mieszkaniec Bukaresztu – Gara de Nord, czyli Dworzec Północny. W dzień to zgiełk, tysiące ludzi, stukot pociągów. Ale w nocy, gdy hala pustoszeje, zostaje tylko echo kroków… i coś jeszcze. 🌑🚉
Dworzec zbudowano w XIX wieku. Od zawsze był sercem podróży – stąd ruszały pociągi do Wiednia, Stambułu czy Budapesztu. Ale podczas II wojny światowej stał się też celem bombardowań.
W 1944 roku, w czasie nalotów alianckich, na stacji i w okolicznych torach zginęły setki ludzi. Wielu z nich nigdy nie zostało odnalezionych – grzebano ich w pośpiechu albo pozostawiano w ruinach.
Od tamtej pory krążą opowieści o cieniach ludzi stojących na peronach. Konduktorzy, którzy pracują nocami, twierdzą, że czasem widzą grupki pasażerów w starych ubraniach z lat 40. – stoją, czekają, a gdy pociąg nadjeżdża… znikają.
Jeden z maszynistów opowiadał, że zobaczył na torach mężczyznę w garniturze, który machał do niego rozpaczliwie. Zatrzymał pociąg – ale tor był pusty.
Pracownicy stacji wielokrotnie mówili o dziwnych dźwiękach: stukot butów, dziecięcy płacz, kobiecy krzyk „Ajutor!” – czyli „Pomocy!”. Ale kiedy szli sprawdzić, hala była pusta.
Zdarzało się, że megafony same się włączały i przez chwilę słychać było niezrozumiałe szumy, przypominające głosy.
Najbardziej znana legenda mówi o „pociągu duchów”. O północy, raz w miesiącu, słychać podobno stukot kół i gwizd lokomotywy. Ludzie twierdzą, że widzieli na peronie rozmazane światła, jakby przejeżdżał pociąg – ale żaden skład nie był zaplanowany.
Starsi mieszkańcy mówią, że to dusze tych, którzy zginęli w bombardowaniach, wciąż próbują odjechać do domu.
W dzień – zwykły dworzec, pełen życia i hałasu. W nocy – miejsce, gdzie echo odbija się dziwnie długo, a cień zdaje się poruszać inaczej niż ty. Przewodnicy „ghost tours” czasem prowadzą tam grupy, każąc stanąć w ciszy na peronie. Wielu turystów opowiadało potem, że czuli na ramieniu czyjś dotyk – jakby ktoś chciał ich popchnąć do pociągu, który już nigdy nie przyjedzie.