Przy jednej z eleganckich ulic Bukaresztu stoi XIX-wieczna rezydencja, która kiedyś należała do rodu bojarów. Piękna fasada, złote zdobienia, wnętrza pełne luster i malowideł – idealne miejsce na luksusowe kasyno.
Ale z tym domem od zawsze wiązało się coś złowrogiego.
Kiedy budynek stał się kasynem, przyciągał elitę – polityków, wojskowych, arystokratów. Nocami sale rozbrzmiewały śmiechem i brzękiem kieliszków. Ale też – krzykami przegranych.
W krótkim czasie w Domu Vernescu doszło do serii samobójstw. Gracze, którzy przegrywali fortuny, wyciągali pistolety i odbierali sobie życie przy stołach do ruletki. Inni wyskakiwali przez okna.
Mówi się, że w samym budynku zginęło ponad 20 osób – wszystkie ofiary hazardu.
Od tamtej pory kasyno uznano za przeklęte.
Najstraszniejsza była jednak historia młodego gracza, który w nocy zasnął w kasynie. Gdy się obudził, zobaczył wokół siebie mężczyzn w starych frakach, bez twarzy, grających w karty.
Dom Vernescu istnieje nadal – dziś jest eleganckim budynkiem, w którym czasem odbywają się wydarzenia kulturalne. Ale mieszkańcy Bukaresztu wciąż nazywają go „kasynem samobójców”.
Przewodnicy „ghost tours” prowadzą grupy do środka i gaszą światła. Wtedy często słychać stuk żetonów albo chichot zza pleców.